13250378_1217516574954709_1173362301_n
Witajcie Kochani!
Dziś długo planowany post i wiem, że przez część z Was wyczekiwany – mój detoks. Postaram się przybliżyć Wam moją przygodę z oczyszczaniem organizmu, opisać dokładnie, co i jak, a także, a może przede wszystkim, zrecenzować wspaniałą książkę, która krok po kroku przeprowadziła mnie przez detoks. A mowa o „Alkalicznym detoksie” Beaty Sokołowskiej.
Teraz, kiedy jestem już po całym przedsięwzięciu, z ręką na sercu mogę każdemu poniższy detoks polecić. Choć nie jest łatwo, musicie być na to przygotowani, warto poświęcić te trzy tygodnie walki z samym sobą, po to by później dosłownie unosić się nad ziemią! 🙂 I nie ma w tym stwierdzeniu grama przesady.
Tak więc, zaczynamy!
Sprawa ze mną wygląda następująco: od dawna zdrowo się odżywiam. Jednak bywają dni, kiedy potrafię pogrzebać to, co sobie zdrowym odżywianiem wypracowałam. Dlatego pewnego dnia stwierdziłam, że albo wybieram zdrowie i dbanie o siebie albo chrzanię to i idę na żywioł. Wybrałam to pierwsze, z oczywistych względów. Czas nie stoi w miejscu i pasuje w końcu mieć na uwadze to, jak będę żyła za dziesięć, dwadzieścia lat. Nie jestem jednak typem ortodoksyjnym. Zdarza mi się zjeść słodycze, chipsy, fast food, choć staram się, aby to miało miejsce naprawdę od święta. Pilnuję się. Uprawiam sport. Jednak od pewnego czasu chodziła za mną myśl o przeprowadzeniu detoksu. Nigdy w życiu nie oczyszczałam organizmu i ciągle miałam wrażenie, że trzeba zrobić w nim porządek. Czułam się ociężała, mam odwieczny problem z hormonami i zatrzymywaniem wody w organizmie, przez co ciągle czuję się, jak gruba bania, choć nie mam problemu z wagą.
Pewnego dnia trafiłam na wpis znajomej z Instagrama, super dziewczyny: @ekobabka (polecam Wam jej profil), która rozpoczęła detoks alkaliczny. Zainspirowana jej postanowieniem od razu kupiłam książkę. Przyznaję, że przeczytałam ją od deski do deski w ciągu jednego dnia. Okazała się niesamowita! Masa naprawdę interesujących informacji dotyczących zdrowia, oczyszczania i choć kilka kwestii jest spornych (jak domniemane zakwaszenie organizmu, w które średnio wierzę, bardziej wierzę natomiast w marketing i modę na zakwaszenie), zakochałam się w tej książce. To była środa, a od czwartku zaczęłam przygotowanie do oczyszczania.
Jak przygotować się do detoksu
Musicie pamiętać, że przygotowanie do detoksu jest równie ważne jak sam detoks. Pod żadnym pozorem nie zaczynajcie oczyszczania z biegu, ponieważ dla organizmu będzie to szok i bardzo, bardzo źle zniesiecie sam detoks. Jestem nawet pewna, że nie dotrwacie do jego końca. Samo przygotowanie trwa około tygodnia. Nie jemy fast foodów, nie pijemy kawy, czarnej herbaty, wykluczamy z codziennej diety niektóre produkty, po przebudzeniu wypijamy kleik z siemienia lnianego. Ja starałam się, żeby przygotowanie pod względem „kulinarnym” jak najbardziej przypominało sam detoks tak, by był on jak najmniejszym szokiem dla organizmu. Nie miałam z nim żadnego problemu, bardzo dobrze go zniosłam. W książce „Alkaliczny detoks” mamy dokładnie rozpisane przygotowanie do detoksu, łącznie z planem dnia.
Detoks
Kiedy już pozytywnie przejdziemy przygotowanie, możemy zacząć oczyszczanie organizmu. Najpierw jednak wybieramy jego rodzaj: do wyboru jest jaglano-warzywny (polecany osobom, które na co dzień nie odżywiały się prawidłowo), owocowo-warzywny (dla bardziej zaawansowanych) i głodówka wodna lub sokowa. Ja wybrałam owocowo-warzywny. Musimy pamiętać, że aby przystąpić do detoksu, powinniśmy być naprawdę zmotywowani, pozytywnie nastawieni. Nastawienie bowiem jest niesamowicie ważne, to połowa sukcesu. Nie będę tu mydliła oczu, że detoks to kaszka z mleczkiem. To poważna i trudna sprawa. Mimo dobrego przygotowania i pewności, że przejdę cały detoks, miałam dwa poważne kryzysy, kiedy chciałam się poddać. Warto też zaplanować sobie menu, zrobić wcześniej zakupy. Świetną sprawą jest to, że podane przepisy na zupy, leczo są rozpisane na dwa, trzy dni. Tak więc, nie trzeba się przejmować tym, że codziennie będziemy musieli stać przy kuchence. Nic z tych rzeczy 🙂 Fajna sprawa, o której ja niestety nie wiedziałam i zaopatrzyłam lodówkę, jakby miał nastąpić koniec świata. Część produktów musiałam później wyrzucić 🙁
Przykładowe MENU
Przebieg detoksu
Przejdźmy jednak do sedna. Sam detoks trwa 12 dni. Włączamy w to dwa dni monodiety, kiedy na śniadanie, obiad i kolację zjadamy do wyboru: krupnik jaglany lub ryżowy. Ja ugotowałam jaglany. Pierwszy dzień tego właściwego już detoksu poszedł jak z płatka, byłam z siebie dumna, gotowanie obiadu sprawiało mi wielką przyjemność, bo same przepisy są banalnie proste. Jednak drugiego dnia zaczęły się schody. Obudziłam się z bólem głowy, którego zresztą się spodziewałam, ponieważ jest on jednym z objawów pozbywania się toksyn, nie ułatwiło mi to bynajmniej sprawy. Bulgotanie w brzuchu, nudności, zawroty głowy, totalny brak siły. Musiałam się z tym zmierzyć i dzięki temu, że spodziewałam się takich wariacji, z trudem, ale dałam radę. Trzeciego i czwartego dnia było już w porządku: ból głowy ustał, czułam się dobrze, chociaż byłam bardzo głodna (musicie się do tego stanu przyzwyczaić, ponieważ będzie on Wam towarzyszył przez cały detoks, jak najlepszy przyjaciel – krok w krok :-D) i słaba. W ciągu trwania oczyszczania w przypadku detoksu owocowo-warzywnego dostarczamy organizmowi dziennie 800 kalorii, dlatego zrozumiałe jest to, że mamy mało siły. Musimy to zaakceptować, dbać o siebie, odpoczywać, nawadniać. Autorka książki, Beata Sokołowska radzi, by uprawiać podczas detoksu sport. Przyznam szczerze, że przy mojej wadze (jestem szczupła i drobna) i takim stylu odżywiania nie miałam na sport siły. Totalnie. Nie miałam skąd czerpać energii. Przez pierwsze dwa dni, owszem, ćwiczyłam. Jednak w kolejnych dniach siły mnie opuściły i nie było mowy o ćwiczeniach wysiłkowych, siłowych, bieganiu, czy choćby szybkich marszach. Wzięłam sobie do serca polecenie Ani Lewandowskiej, która twierdzi, że podczas detoksu należy otoczyć się wyjątkową opieką, odpoczywać, treningi natomiast wznowić po detoksie. Osoby z nadwagą będą prawdopodobnie miały troszkę więcej energii, więc jeśli tylko będą miały na to czas polecam rower, szybkie spacery. To na pewno pomoże w zrzuceniu kilogramów, które przeważnie oczyszczaniu towarzyszą.
Kolejny kryzys nastąpił piątego dnia. O ile wcześniej byłam słaba, ale miałam energię, o tyle piątego dnia padłam. Przyszło rozgoryczenie i znudzenie dietą, brakowało mi jajek, mięsa, miałam ochotę dosłownie na wszystko: na słodycze, pizzę, makarony, kanapkę z kiełbasą, żelki. Po prostu na wszystko. Nie byłam w stanie podnieść się z kanapy. Byłam zła i głodna. Cóż Wam mogę w takim przypadku radzić? Nie można się poddać. Trzeba mieć założenie i świadomość tego, że toczymy troszkę wojnę z samym sobą i musimy ją wygrać. Dlatego na początku wspominałam o odpowiedniej motywacji i nastawieniu. Bez tego po prostu nie przejdziemy detoksu, a szkoda przecież zmarnować to, co udało nam się osiągnąć. Każdy kolejny dzień jest sukcesem! Każdy. Jeśli wybierzecie detoks warzywno-owocowy i poczujecie, że już umieracie z głodu, nie możecie funkcjonować, na niczym się skupić, dołączcie do potraw kaszę jaglaną, łyżeczkę oliwy z oliwek, przejdźcie po prostu na detoks jaglano-warzywny. On Wam dostarczy większej ilości kalorii i pozwoli wytrwać w postanowieniu do końca 🙂 Nie poddawajcie się. Ile razy w życiu mamy możliwość tak naprawdę szlifować charakter, sprawdzić się? Nie mamy za wiele takich okazji, a są one bardzo cenne. Detoks jest dużym sprawdzianem silnej woli. Jeśli podołamy, wszystko później stanie się łatwe. Nie mówiąc już o świetnych efektach detoksu, ale o tym za chwilę.
Kolejne dni były już dużo łatwiejsze. W brzuchu burczało mi tak, że mój własny pies się mnie bał, ale miałam więcej energii, wiedziałam już, jak planować zakupy, żeby nie gromadzić w lodówce mnóstwa zbędnych produktów. I spokojnie dotrwałam do dziesiątego dnia. Choć szczerze mówiąc, kiedy zjadłam ostatnią porcję warzyw na kolację, odetchnęłam z ulgą 🙂
Mój ulubiony gulasz z kalafiora ♥
Po detoksie
Tak samo ważną sprawą, jak odpowiednie przygotowanie do oczyszczania, jest również odpowiednie jego zakończenie. W przypadku detoksu owocowo-warzywnego i jaglano-warzywnego jeszcze przez tydzień powinniśmy jeść w odpowiedni sposób. Pierwsze dni tzw. odbudowy to znowu monodieta, czyli gotujemy jedną z dwóch zup (tym razem wybrałam krupnik ryżowy dla urozmaicenia i smakował mi jednak bardziej niż jaglany) i jemy ją na śniadania, obiady i kolacje. Trzeciego dnia włączamy do diety inne zboża i kasze oraz rośliny strączkowe (nareszcie mogłam zjeść moją ukochaną owsiankę!). Czwartego natomiast możemy już spożywać niewielką ilość orzechów i nasion. Od piątego dnia właściwie wszystko wraca do normy, ponieważ w naszej diecie można już uwzględniać kefir, jogurt, jajka, ryby, sery kozie, owcze i twarogowe. Natomiast do siódmego dnia powinniśmy się wstrzymać z jedzeniem mięsa i ryb.
I tak doszliśmy do końca detoksu. Od nas zależy, jak będziemy po nim żyli. Ja z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że bardzo przyzwyczaiłam się do pór spożywania posiłków, ich ilości i do wypijania między posiłkami szklanki ciepłej wody. Sprawdziło się to u mnie i bardzo sobie taki styl jedzenia chwalę. Oczywiście jem zdrowo. Nie mogłam się doczekać jajek, koktajli, mojej ukochanej owsianki z mlekiem kokosowym. Nie jem dużych porcji. Dzięki detoksowi jestem w stanie mniej zjeść, żeby się porządnie najeść i strasznie się z tego powodu cieszę, bo z ręką na sercu – potrafiłam zjeść pół kilo spaghetti… Teraz nie ma o tym mowy! Także schudłam, czego się troszkę obawiałam: – 5 kg w 10 dni, ale pozbyłam się wreszcie nadmiaru wody z organizmu, przez którą puchłam, czułam się okropnie, więc jestem przeszczęśliwa! Autorka pisała w książce, że oznakami usuwania toksyn z organizmu jest ból głowy w drugim i trzecim dniu, o którym wspominałam, pojawianie się niedoskonałości na skórze, mdłości, wymioty, nalot na języku, uczucie „kapcia” w buzi, nieprzyjemny zapach z ust (polecane jest na niego ssanie plastra cytryny). Ja należę do tych szczęśliwców, którzy detoks znieśli naprawdę dobrze, ponieważ oprócz bólu głowy, mdłości i nalotu na języku nie miałam żadnych innych objawów. Podejrzewam, że to dlatego, że naprawdę dobrze się do niego przegotowałam, restrykcyjnie podchodziłam do poleceń.
Obecnie czuję się ŚWIETNIE! Nie mam żadnych niedoskonałości na skórze, wręcz jest gładziutka, jak chyba nigdy dotąd. Czuję się leciutko, mam płaski brzuch, zero wzdęć, z którymi miałam problem, mam masę energii. Uspokoiły się hormony. Nie wiem, na jak długo, bo toczę z nimi bój od dawna, ale sam fakt, że mi nie doskwierają jest cudowny, bo nie było wcześniej dnia, żeby nie dawały mi w kość.
Naprawdę z całego serca polecam Wam „Detoks alkaliczny” Beaty Sokołowskiej. To naprawdę rzetelnie napisana książka, która dosłownie przeprowadzi Was za rękę podczas oczyszczania. Mamy w niej wszystko: menu, przepisy, plany dni. I masę informacji, dzięki którym pogłębimy wiedzę i łatwiej przejdziemy przez oczyszczanie.
Samo oczyszczanie w tej chwili jest dla mnie czymś oczywistym. Kolejne zaplanowałam na listopad i co pół roku będę wyrzucała śmieci z organizmu. Gdybym nie sprawdziła na sobie, nie uwierzyłabym, że to może być tak fantastyczna sprawa 🙂
Mam nadzieję, że zaspokoiłam Waszą ciekawość. Wiele osób pytało mnie, czy to głodówka, odradzało detoks myśląc, że nic nie jem tylko piję wodę. A ja jadłam zdrowo, pysznie i dostarczyłam sobie mnóstwo witamin i wartości odżywczych. Dlatego gorąco Wam polecam oczyszczanie, szczególnie w okresie wiosennym, jesiennym, ale najpierw dokładnie przeczytajcie książkę. Jeśli macie jakieś pytania, zadawajcie je w komentarzach albo na Instagramie, z przyjemnością na nie odpowiem 🙂

A teraz zmykam na spacer, bo pogoda jest wprost obłędna!

Miłego dnia Kochani!
Wasza Margot
Ocena: 9/10
Autor: Beata Sokołowska
Wydawnictwo: Muza
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Liczba stron: 352
Rok wydania: 2016