DSC_0324
Dziś kolejna recenzja książki z serii Leniwa Niedziela. Zapomniałam zupełnie wspomnieć, jakie założenie towarzyszy temu wydawnictwu!  Szybciutko więc nadrabiam zaległości i przytaczam opis przygotowany przez wydawnictwo Świat Książki:
„Leniwa niedziela – to taki dzień, kiedy wreszcie masz czas na lekturę. Ale leniwą niedzielę możesz mieć każdego dnia! Pod taką nazwą Świat Książki rozpoczął wydawanie nowej serii powieści, które – zaręczamy – pochłoną Cię bez reszty i na długo zapadną Ci w pamięć. Współczesne powieści obyczajowe z logo serii Leniwa Niedziela przeznaczone są dla kobiet, które od literatury oczekują czegoś więcej niż tylko chwilowej rozrywki. Opisują niebanalne historie, niełatwe wybory, rodzinne sekrety, a nierzadko wielkie dramaty. Pięknie napisane, chwytające za gardło, przepełnione emocjami opowieści zawsze zwracają uwagę na problem, z którym pewnego dnia może w życiu spotkać się każdy”.
„Poszukiwany Colin Firth” jest do tej pory moim nr 1 z serii (przede mną jeszcze „Klub Filmowy Meryl Streep”, tej samej autorki – zacieram ręce). Jak wspomniałam już wcześniej, szukałam skutecznego „umilacza”, ponieważ wygospodarowałam w końcu kilka dni wolnego i zależało mi na tym, żeby się całkowicie zresetować (tak, tak, to pierwsza książka nieczytana w tramwaju). Mój wybór padł na serię Leniwa Niedziela. Do kupienia tej pozycji skłonił mnie, będę szczera, przede wszystkim tytuł. Genialnym, moim zdaniem, marketingowym posunięciem są tytuły nadane książkom przez autorkę. Kto nie zna i nie darzy sympatią Colina Firtha, Meryl Streep? 🙂 Dużym plusem jest fakt, że mimo tego, iż w książkach tytułowe postaci nie występują bezpośrednio, czuć na każdej stronie ich obeność. Ale nie będę zdradzała szczegółów.
„Do małej nadmorskiej miejscowości w Maine dociera elektryzująca plotka…”
Na wysepce trwają przygotowania do ekranizacji filmu ze znanym gwiazdorem, Colinem Firthem. I wokół tego właśnie wydarzenia skupia się akcja książki. Mamy tutaj trzy bohaterki. Gemma – przeżywająca krysys małżeński, młoda dziennikarka, która w ramach zdystanowania się i spojrzenia na problem z perspektywy przyjeżdża do Main, miasteczka swojego dzieciństwa i postanawia za wszelką cenę przeprowadzić wywiad z aktorem, za sprawą którego chce wrócić do zawodu. Tymczasem, wbrew sobie, otrzymuje zlecenie od redaktorki jeden z tutajszych gazet na napisanie atrykułu na temat mieszczącego się na wyspie Domu Nadziei. Bea – przyjeżdża do miasta odszukać swoją biologiczną matkę  po tym, jak niespodziewanie dowiaduję się, że została adoptowana. Veronica – kelnerka, słynąca ze swoich leczniczych wypieków, przyjeżdża po długiej nieobecności do Main, by zmierzyć się ze swoją przeszłością. Zostaje statystką w filmie z Colinem Firth, licząc na to, że choć przez chwilę znajdzie się w pobliżu swojego ukochanego Pana Darcy („Dumę i uprzedzenie” zna niemal na pamięć!). Los sprawia, że życie trzech bohaterek zaczyna się ze sobą łączyć.
Nie przepadam za słodyczą wylewająca się z powieści, które z założenia mają być miłe, lekkie i przyjemne. W tym przypadku jest zgoła inaczej. Książka należy do tych życiowych. Słodycz, a jakże, pojawia się pod postacią tarty „Pokochaj”, „Ukojenie Duszy”, tarty limonkowej „Uwierz w siebie”, czy sernika „Spełnionych nadziei” z kremem karmelizowanym na słonym spodzie. Mmm, brzmi smakowicie, prawda? 🙂 Po skończonej lekturze, miałam ochotę od razu włączyć na DVD film „Czekolada”, wprawdzie nie z Colinem Firthem, ale Johny Depp…
Po zamknięciu książki od razu miałam także ochotę ponownie ją otworzyć i czytać od początku. Dawno tak miło nie spędziłam czasu. Temat z pozoru utarty: życie trzech kobiet splata się ze sobą za sprawą zaskakujących okoliczności, rodzinne dramaty. Jednak Mia March wykazała się tutaj wyjątkową wyobraźnią i stworzyła trzy bardzo charakterne typy kobiet, a także wyjątkowe okoliczności, które je połączyły. Nie mamy tutaj lukru, a raczej sporą dawkę goryczy. Temat adopcji, nastoletniej ciąży, braku macierzyńskiego instynktu i dylematów związanych z nieoczekiwaną ciążą sprawia, że książka do leciutkich nie należy, nie brakuje tu jednak tak pożądanych podczas Leniwej Niedzieli pozytywnych rozwiązań problemów, z którymi borykają się nasze bohaterki. Miałam małe zastrzeżenie do tych za łatwych na mój gust i nieoczekiwanych dosyć rozwiązań (z natury jestem katastrofistką), z drugiej strony – czy nie jest przyjemnie o nich czytać i  wierzyć, że nie wszystko, co nas spotyka, musi mieć dla nas karastrofalne i nieodwracalne skutki? 🙂 Dodać koniecznie muszę, że książka momentami jest niezwykle zabawna. Uśmiałam się do łez, czytają kolejny raz: „Hej, ludziska! Colin Firth rozdaje autografy w The Best Little Diner!”. Nie zdradzę jednak nic więcej, żeby nie psuć Wam przyjemności czytania.
Książka niesamowicie odprężająca, klimatyczna. Jestem pod jej ogromnym urokiem i już nie mogę się doczekać kolejnej powieści autorki 🙂
Ocena: 4,5/6

Autor: Mia March
Wydawnictwo: Świat Książki, Czerwiec 2014