Jak wyrobiłam w sobie pozytywne myślenie – etapy zmiany

 

 

Długo przyszło Wam czekać na kolejny wpis niedotyczący książek, a moich osobistych doświadczeń, przemyśleń, historii. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że tak bardzo zainteresuje Was droga, jaką pokonałam, by być właśnie w tym miejscu, w którym obecnie się znajduję. I nie chodzi bynajmniej o zamieszkanie w Krakowie 😀

Chodzi o etapy, które pokonałam, by z kobiety – tornada, która, kiedy wpadnie w szał, zmiata z powierzchni ziemi wszystko, co wpadnie w jej ręce, wiecznie niezadowolonej, udręczonej życiowo marudy, stać się kobietą spełnioną, zadowoloną, szczęśliwą, doceniającą to, co ma. Nadszedł zatem czas, by zmierzyć się z wpisem na tak ważny dla mnie temat.

 

***

 

STARA JA

Zacznę od tego, w co być może ekstremalnie trudno będzie Wam uwierzyć – jestem typem nerwusa, choleryka. Mój temperament jest iście ognisty. Krzyczę, wymachuję rękami, nie odpuszczam. Zamartwiam się się do upadłego, o wszystkich i o wszystko. Potrafię się gnębić psychicznie do tego stopnia, że nie wiem jak się nazywam. Jeśli jest dobrze, wpadam w popłoch, bo na pewno zaraz będzie źle. Przecież nie może być za długo spokojnie!

Tak było. Taka jest moja natura. Nadopiekuńcza, nadwrażliwa. Co takiego musiało się stać, żebym się otrząsnęła, pozwoliła żyć sobie i innym? Tutaj Was nie zaskoczę. To była choroba. Choroba, przez którą przeżyłam gehennę, a która pozwoliła mi przewartościować swoje życie i spojrzeć na nie z innej perspektywy. Chciałabym, byście mieli możliwość zmiany myślenia, bez moich dramatycznych doświadczeń. Chciałabym, byście mogli pójść na skróty 🙂

 

CHOROBA JAKO PUNKT ZWROTNY

Choruję na endometriozę, wiecie o tym i na jej temat mówię tyle, że tutaj tylko o niej wspomnę. Zanim jednak doszło do diagnozy, dowiedziałam się…, że mam raka jajnika. Była to błędna diagnoza, która jednak wystarczająco namieszała w życiu moim i moich bliskich. Mówi się, że rak to nie wyrok. To nie tak. Kiedy słyszysz, że masz raka, dla ciebie jest to wyrok. Nie oszukujmy się. W pierwszy momencie myślisz o tym, że umrzesz. I na nic zdają się zapewnienia, że raka można leczyć, że to nic nie znaczy, że masz wsparcie bliskich, że zajmą się tobą specjaliści. Jesteś pewna, że umrzesz, że to koniec życia, że planowany wakacyjny wyjazd nigdy się nie odbędzie, że nigdy już nie zobaczysz ukochanego, rodziców, psiaka. I w końcu myślisz: „w ogóle sobie nie pożyłam, nie zrealizowałam marzeń, niczego ważnego nie doświadczyłam”. Na co dzień nie myślimy o śmierci, odkładamy wszystko na odległe „kiedyś”. Robiłam tak codziennie, wierzcie mi. Wiem, że robimy tak wszyscy. I mam dla Was teraz propozycję. Lekko szokującą.

Moi Drodzy, wyobraźcie sobie teraz, w tym momencie, w którym czytacie ten tekst, że nie będzie dla Was jutra. Koniec. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że nie zobaczycie więcej bliskich: dziecka, męża, chłopaka, mamy, babci, ukochanego kocurka, psiaka. Nie pojedziecie już na urlop, nie wrócicie jutro do pracy, nie skończycie studiów. Nie zobaczycie filmu, na który tak czekacie. Nie wstaniecie jutro z łóżka, nie wypijecie porannej kawy. Nie założycie więcej ulubionych butów. Nie będzie was. Rozumiecie? Czas, który został wam dany, zaraz się skończy. I jak? Co czujecie? W jakim momencie życia się znaleźliście? Co osiągnęliście? Przeżyliście to wszystko, co warto przeżyć? Zobaczyliście to, o czym zawsze marzyliście? Wypowiedzieliście słowa, które powinny zostać wypowiedziane? Jeśli tak, jesteście prawdziwymi szczęściarzami. Jeśli nie, to znak, że powinniście zmienić coś w swoim życiu.

Ja stanęłam przed dokładnie taką wizją, jaką postawiłam przed chwilą przed Wami. Z dnia na dzień moje życie się zawaliło. Nie zaczęłam go wtedy zmieniać, nawet tak nie myślcie. Dopiero wtedy tak naprawdę stałam się pesymistką, czułam się przegrana, złamana fizycznie, psychicznie. Miałam pretensje do świata o to, że zostałam tak doświadczona, że ja biedna, taka dobra, nikomu niewadząca, a ciężko zachorowałam, że umrę. Standardowe pytanie „dlaczego ja, a nie ktoś, kto na to zasługuje?” (ach, jakie miałam wysokie mniemanie o sobie), padało z moich ust bez przerwy. Płakałam, krzyczałam, to znowu zamykałam się w sobie, nie chciałam nikogo widzieć. I wyobraźcie sobie, że taki stan trwał przez równiutki miesiąc. Nie muszę wam mówić, że kiedy jechałam na operację, na którą przez cały ten okres czekałam, byłam już wrakiem człowieka. Ze stresu schudłam 6 kg, wypadały mi włosy, miałam problemy skórne (zobaczcie, co stres robi z naszym organizmem), fatalne wyniki badań. Bardzo żałuję, że nie znalazłam zdjęcia, które zrobiono mi niedługo po operacji. Stała na nim uśmiechnięta, młoda dziewczyna, którą w pierwszym momencie od razu posądzilibyście o anoreksję. Same kości, piersi jak u mężczyzny, ręce patyki. Ten uśmiech na twarzy wyglądał wręcz groteskowo przy mojej postawie. Jednak to wtedy po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się nad moim życiem, dopatrywać się w chorobie, głębszego sensu. Nie, nie chorowałam na raka. Endometrioza zaś nie jest wyrokiem. Widziałam, że od tego momentu będzie towarzyszką mojego życia, jednak nie umierałam! Żyłam, dostałam szansę. I rozpoczęłam nowe życie.

 

 

NOWA JA

Nie jestem Beatą Pawlikowską. Nie żyję frazesami. Nie czytam co rano afirmacyjnych cytatów, które mają mi się wyryć w umyśle i dzięki nim zmieni się moje życie. Szczerze? Próbowałam tego. To jedna, wielka bzdura, nic więcej, jak tylko sprawny marketing. Zmienienie spojrzenia, perspektywy to ciężka praca, która nieraz kończy się upadkiem. I cytaty Beaty Pawlikowskiej, czy Ewy Chodakowskiej po prostu nie pomogą. Tak było ze mną. Nie wystarczyło, że w jednym momencie doceniłam, to co mam, byłam szczęśliwa, że żyję, świat był piękny. Zawsze w końcu przychodzi codzienność. Można myśleć pozytywnie, kiedy w życiu się układa. Prawda? Wtedy to takie łatwe. Gdybyście mnie jednak zapytali, czy życie jest piękne, kiedy leżałam kolejny raz w szpitalu, kiedy kolejny raz dowiadywałam się, że jest źle, kiedy nienawidziłam swojej pracy, kiedy jej nie miałam bardzo długo, bo i tak się zdarzyło, odpowiedziałabym Wam, żebyście popukali się w głowę i zapewne mnie z kimś pomyliliście, bo ja nie mogłam nic takiego mówić 😀

Takie zrezygnowanie i pretensje do świata trwały jakiś czas. Długi czas… Aż któregoś dnia, kiedy histerycznie płakałam, przeklinałam wszystko i szukałam w sobie pomocy, bo było już ze mną tak źle, że po prostu chciałam umrzeć, przypomniałam sobie moment, w którym u lekarza dowiedziałam się, że mam raka. To był punkt zwrotny. Jeśli próbowaliście wyobrazić sobie tę sytuację, kiedy was wcześniej o to prosiłam, możecie choć w części wyobrazić sobie, jak bardzo ona może nami wstrząsnąć. Chciałam umrzeć. Dobre sobie. Kiedy usłyszysz, że naprawdę możesz umrzeć, odechciewa Ci się w mig żegnania ze światem. I nagle pomogło. Pamiętam tę chwilę, jakbym ją przeżywała przed chwilą. Żyję. A jeśli żyję, mogę cokolwiek zdziałać, mam wybór. Albo będę siedziała na tej podłoże i wylewała morze łez, użalała się na sobą, jaka ja jestem biedna, poszkodowana, albo ruszę dupę i zacznę coś robić, cokolwiek. Umyłam naczynia. Nie macie pojęcia jak praca, ruch, jakikolwiek wysyłek, pozwala się odciąć, skupić i nadać sens. Właśnie wtedy postanowiłam wyłapywać negatywne myślenie (wbrew pozorom, jest to trudne – myśli szybko nam umykają, nie skupiamy się na nich, a jeśli nie zauważamy, że myślimy negatywnie, nie możemy sobie pomóc) i kiedy się pojawi, zmieniać perspektywę: co by było, gdyby jutro miało mnie nie być?

Kiedyś na Instagramie, napisałam Wam o jednej z moich ulubionych lekcji Dalajlamy. Bardzo lubię od czasu do czasu je przeczytać, ponieważ jest to tak niezwykły człowiek, tak niebywale inteligentny, że chyba nikt tak, jak on, nie potrafi zwrócić uwagi na problem i pokazać w prostych słowach, kilku zdaniach, jak go rozwiązać. Otóż Dalajlama powiedział, że „szczęście osiąga się poprzez zastępowanie każdej gorzkiej i negatywnej myśli, radosną i piękną”. Kochani, jakie to jest prawdziwe. Wiem, że kiedy pierwszy raz czytacie takie słowa, uśmiechacie się drwiąco. Ja przeczytałam to zdanie, kiedy już na własnej skórze przekonałam się, że taka metoda jest najlepszą z możliwych. Zaczęło się od tej wspomnianej już zmiany perspektywy i wyobrażeniu sobie, że dziś jest ostatni dzień mojego życia, skończyło na tym, jak żyję obecnie.

 

 

UWAŻNOŚĆ – TU I TERAZ

O, rany, tylko nie to! Tak pewnie pomyśleliście, czytając nagłówek 😀 Tyle mówi się o treningu uważności i sławnym „mindfulness”, że jeśli jesteście takimi nieufnymi typami jak ja, macie ochotę w tym momencie wyłączyć ten wpis. Nie róbcie tego. Nie tylko dlatego, że pisałam go przez 5 godzin! 😀 Zaraz Wam wytłumaczę, jak to jest ze mną 🙂

Kiedy w trudnych momentach zaczęłam sobie wyobrażać, że moje życie może za chwilę się zakończyć i zauważyłam, że to myślenie pomaga mi w otrząśnięciu się, chciałam bardzo, by te wszystkie negatywne myśli pojawiały się jak najrzadziej. Co mi po tym, że raz na rok, w naprawdę ciężkiej sytuacji, docenię to, co mam, jeśli przez jego resztę wprowadzam się w permanentny smutek, złość? Postanowiłam więc bardziej kontrolować to, o czym myślę. Nigdy nie korzystałam z żadnego coachingu. Kiedy wszyscy dostawali na jego punkcie świra, ja, nastawiona do wszelkich socjologicznych nowinek sceptycznie, kręciłam tylko głową. Wszystko, o czym Wam tu teraz piszę, jest wyłącznie moim intuicyjnym zachowaniem 🙂 Ale do sedna.

Postanowiłam kontrolować myśli. Ponieważ ćwiczyłam od jakiegoś czasu jogę, umiałam po prostu usiąść na tyłku i BYĆ. Skupić się. A to już wielki krok i wielki sukces. Jeśli choć przez kilka minut będziecie w stanie usiąść w fotelu, położyć się do łóżka i przed snem przez chwilę skupić na tym, co dookoła, co słyszycie za oknem, na oddechu partnera, na tym jak przełykacie ślinę, sami oddychacie, to będzie WIELKI SUKCES. Zauważcie, że na co dzień tego nie robicie. Jesteście jak roboty. Jeśli natomiast trzeba przez chwilę skupić się na sobie, pojawia się problem. A to jest właśnie uważność 🙂 I to właśnie robiłam ja. Najczęściej przed snem uspokajałam się, nie oglądałam telewizji, tylko ścieliłam łóżko, kładłam się i skupiałam. Na początku robiłam tak od czasu do czasu, a następnie zaczęłam takie skupianie się ćwiczyć codziennie. Codziennie przed snem, a później i w ciągu dnia. Nauczyłam się być tu i teraz, wyłapywać myśli, kontrolować to, o czym myślę, czyli po prostu to zauważać, a nie tylko myśleć (rozumiecie mnie jeszcze? 😀 ). Mówi się, że to doświadczanie momentu. Można i tak to nazywać, dla mnie bardziej po ludzku brzmi „skupianie się”. Kiedy usiądziecie już w fotelu, skupicie się, pojawi się zapewne jakaś myśl. Wyłapcie ją, zobaczcie w jaki sposób na nią zareagujecie: uśmiechniecie się, będziecie głodni (kocham myśleć o jedzeniu :D), smutni? W tym momencie „złapaliście” myśl i reakcję na nią. A teraz spróbujcie zastąpić ją inną myślą. To jest właśnie lekcja, którą daję sobie codziennie. Kładę się i skupiam na tym, co czuję, co słyszę. Dzięki takim codziennym „lekcjom” w tej chwili praktycznie zawsze jestem w stanie wyłapać negatywne myślenie. Wiem, kiedy zaczynam się negatywnie nakręcać. WIEM, ŻE myślę, a nie tylko myślę. Rozumiecie różnicę? Kiedy zaczynam się negatywnie zapętlać, wyłapuję te myśli i szybko zastępuję je pozytywną. Jakie są te pozytywne? W moim przypadku fakt, że mam kochającą rodzinę, że mam dobrego partnera, przełamałam się i założyłam firmę, nie mam raka, a tylko endometriozę, za chwilę przeczytam książkę, na która ogromnie czekam. Tych myśli są setki. Każdy z nas ma swoje. Chodzi o to, by te negatywne, kiedy tylko się pojawią, zastępować pozytywnymi. A jak nauczyć się znajdywać pozytywne myśli, pozytywy w swoim życiu? I tu już ostatnia moja lekcja, która jest nieodłączną częścią codzienności 🙂

 

 

WDZIĘCZNOŚĆ

Praktyka wdzięczności to coś, co niesamowicie, ale tak naprawdę NIESAMOWICIE pomogło mi w życiu. I o czym ogromnie chciałam zawsze wam szerzej napisać.

W tym przypadku znowu nie miałam pojęcia, że taka praktyka istnieje. Intuicyjnie czułam, że czegoś podobnego potrzebuję, by „nakręcać” się pozytywnie. Któregoś wieczoru przed snem (tak, dużo myślę przed snem, ale wyłącznie pozytywnie) zaczęłam wyliczać, co dobrego spotkało mnie w ciągu dnia. Spędziłam go wyjątkowo przyjemnie i kiedy już położyłam się do łóżka, zaczęłam przypominać sobie o wszystkich miłych sytuacjach, których doświadczyłam. Wstałam w super pozytywnym nastroju!  To był czas, kiedy miałam małe problemy, rozmyślałam o nich wieczorami, nie mogłam z nerwów spać, jeść. Kiedy widzę dobre zmiany w swoim zachowaniu, od razu zaczynam badać, co jest ich przyczyną, by móc ją bez końca powtarzać 😀 Kiedy więc wyłapałam, że dobrze się czuję, gdy codziennie wieczorem wyliczam, za co jestem wdzięczna w tym konkretnie dniu, analizować, co dobrego mnie spotkało i ze spokojem usypiam, zaczęłam tę praktykę stosować codziennie, każdego dnia wieczorem. Trwa to już kilka ładnych lat 🙂  Wstaję w dobrym nastroju, dobrze zaczynam dzień, a wtedy już zdecydowanie lepiej o pozytywne myślenie.

 

Muszę Wam przyznać, że nienawidzę w sobie marudzenia, negatywnych myśli. Nie lubię ich też w innych ludziach. Od razu od nich uciekam. Robię to po to, by nie dać się wciągnąć w ich tok myślenia. To zaraźliwe. Na pewno wielokrotnie doświadczyliście tego, że kiedy znajdziecie się w towarzystwie kogoś, kto narzeka, zaraz robicie to samo. I nakręcacie się. Dlatego po prostu nie chcę słuchać marudzenia. Albo sprowadzam rozmowę na inne tory, albo po prostu ją ucinam. Nie jest tak, że nigdy nie daję się w taką rozmowę wciągnąć. Oczywiście, że daję! Nie jestem święta. Potrafię się wkurzyć. Potrafię mocno zasmucić. Jednak w tej chwili umiem ten stan szybko rozpoznać i natychmiast go przegnać 🙂 To wielka ulga. Były w moim życiu sytuacje, w których dosłownie czekałam za zawał.  Wkurzałam się, wpadałam w taki szał, że nie umiałam już kontrolować swojego zachowania. Dopadał mnie smutek, załamanie tak wielkie, że nie chciało mi się żyć. Nie umiałam już znieść tych stanów. To było ponad moje siły. I gdybym wtedy nie zawalczyła o siebie, nie wiem, jak by się to skończyło.

Umiejętność pozytywnego myślenia nie rodzi się z dnia na dzień. To ciągła, ciężka praca nad sobą. To wiedza o tym, co nam służy, a co nie. Wyłapywanie swoich reakcji. Jeśli po przeczytaniu pewnej książki, obejrzeniu konkretnego filmu, przebywaniu w towarzystwie danej osoby, zauważymy, że czujemy się źle, po prostu tego unikajmy. Jeśli myślimy negatywnie, zapętlamy się w tym, wyłapmy te myśli i zamieńmy je na piękne, pozytywne. Spróbujmy raz, drugi, raz na dwa tygodniu, raz na tydzień. To będą pierwsze sukcesy. A kolejne pojawią się szybciej niż się spodziewacie 🙂

 

KSIĄŻKI

Na koniec chciałam Wam polecić trzy książki, które ogromnie mi pomogły w całym procesie. Dały kopa do działania, motywację do pracy i głęboko wyryły się w mojej pamięci 🙂

 

1. „Jak przestać się martwić i zacząć żyć” – Dale Carnegie

 

2. „Mindfulness. Trening uważności” z płytą CD – Mark Williams, Danny Penman

 

3. „Jedz, módl się, kochaj” – Elizabeth Gilbert

 

POWODZENIA, KOCHANI! 🙂

 

Wasza Margot

Udostępnij:
To moje miejsce w sieci, mój wirtualny dom przepełniony wszystkim, co kocham. Mam nadzieję, że poczujesz się tu jak u siebie, znajdziesz masę inspiracji, odnajdziesz spokój i niepowtarzalny klimat. I zostaniesz ze mną na dłużej. Rozgość się :) Ściskam, M.

Zacznij pisać i kliknij Enter, aby wyszukać

Shopping Cart