15934777_1427332230639808_587967762_n

Witajcie Kochani!
Pojawiam się dziś z recenzją dotyczącą chyba najpopularniejszej obecnie książki, niekwestionowanej „królowej Instagrama”. A mowa o „Hygge. Klucz do szczęścia” – Meika Wikinga.
Wiecie, że sceptycznie podchodzę to takich „krzykliwych” bestsellerów, które wyskakują mi z lodówki, ale kierowana ciekawością książkoholika postanowiłam sprawdzić, co też to za dziwo.
Oczywiście swój egzemplarz kupiłam, bo przecież mam jedynie ponad osiemdziesiąt książek do przeczytania, więc co tam kolejna! Ale do rzeczy.

 

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to minimalistyczna, prześliczna okładka, taka bardzo w moim stylu. Następnym zaskoczeniem był format książki. A właściwie książeczki, bo to doprawdy pozycja malutka, jak na współczesne standardy (znacie „Małe życie” Hanyi Yanagihara?), taka do torebki, pod poduszkę. Taka w stylu ‚hygge’ – wydawca dokładnie wiedział, co robi.
Kiedy już pozachwycałam się okładką (to mój fetysz), nadeszła pora na otwarcie tego małego cudeńka. I tutaj sytuacja wyglądała dokładnie tak samo – wnętrze równie doskonałe, przywodzące na myśl bajkę z dzieciństwa. Nie uświadczycie tutaj kredowego papieru, za to lekko chropowaty o oszałamiającym zapachu nowej książki. CUDOWNOŚCI!
Wszakże nie samą stroną wizualną książka żyje, pewnie ciekawi jesteście, czy równie interesująco prezentuje się treść książki. Mam z nią mały problem, ponieważ, jak już wspomniałam na Instagramie, nie przeczytałam w niej o niczym odkrywczym, na dodatek w trakcie lektury miałam nieodparte wrażenie, że u każdego z nas, moli książkowych, ‚hygge’ płynie w krwiobiegu. Kochamy czytać przy ciepłym świetle, opatuleni w koc, z kubkiem herbaty czy kawy w ręce, słuchając deszczu bębniącego o szybę. Lubimy zapalić świece, włączyć nastrojową muzykę, delektować się chwilą. Czekamy przez cały rok na wyjątkowy klimat Świąt Bożego Narodzenia, kiedy to spotykamy się z najbliższymi, a czas płynie leniwie. Nie umieliśmy tylko nazwać tego stanu do momentu, w którym pojawiła się duńska moda na ‚hygge’.

 

‚Hygge’ nie ma jednoznacznej definicji. Autor tłumaczy, iż słowo to pochodzi od słowa „hyggja”, które w staronordyjskim języku oznaczało „myśleć”, „czuć się zadowolonym”, a przywodziło na myśl poczucie bezpieczeństwa, odpoczynek, nabieranie energii. Można więc przyjąć, że ‚hygge’ oznacza właśnie cieszenie się tymi ulotnymi chwilami, które dają nam prawdziwe szczęście. Co ciekawe i istotne w dobie nieskończonego konsumpcjonizmu, stan ‚hygge’ to jego kompletne przeciwieństwo. Nowy, wygodny i najmodniejszy (czyli obowiązkowo w odcieniu bieli) fotel nie jest ‚hygge’. Jest nim stary fotel odziedziczony po dziadku, w któym w dzieciństwie czytał nam bajki, a teraz my czytamy w nim naszym dzieciom. To właśnie jest kwintesencja ‚hygge’.
To wszystko brzmi znajomo, prawda? No własnie. I o tym, o czym być może doskonale wiemy, jednak na chwilę zapomnieliśmy, jest właśnie ta książka. I dlatego tak mnie urzekła. Dobrze mieć ją pod ręką i kiedy stracimy cały dzień na buszowanie po sklepach w okresie wyprzedaży, bądź damy się zwariować nieciekawej sytuacji w pracy, otworzyć ją na losowo wybranej stronie i uzmysłowić sobie, jakie to wszystko jest mało ważne i jak wielką szkodą jest tracić tak cenny dla nas czas na kwestie tak nieistotne.
Zatrzymajmy się na chwilę, usiądźmy w fotelu i wsłuchajmy w ciszę z kubkiem gorącego kakao w ręce 🙂
„Hygge. Klucz do szczęścia” Meika Wikinga polecam Wam serdecznie 🙂
Wasza Margot
Ocena: 8/10
Autor: Meik Wiking
Wydawnictwo: Czarna Owca
Oprawa: twarda
 Liczba stron: 288
Rok wydania: 2016

  • Zdecydowanie kandydat na prezent gwiazdkowy dla narzeczonej ☺ Pozdrawiam!

    0