13090047_1203425416363825_322454076_n
Witajcie Kochani!
Pędzę do Was z nową recenzją. Tym razem DEBIUT: „Miasto krwi” Kamila Dziadkiewicza.
Wiem, że spora część z Was już ma tę książkę za sobą. Na każdym kroku jej zdjęcia wpadały mi w oko na Instagramie. Wiele razy zabierałam się za jej zakup, ale z powodu wciąż rosnącego stosiku książek do przeczytania, ciągle tę decyzję odwlekałam. Tak widocznie miało być, ponieważ niedawno, za sprawą niesamowitego przypadku, poznałam Autora książki – Kamila Dziadkiewicza (przy okazji – przefajnego człowieka), który tę książkę po prostu mi sprezentował 🙂 Ogromnie mu za to dziękuję, ponieważ spędziłam przy niej wspaniały czas!
Ale po kolei.
Po pierwsze, choć nie najważniejsze. Nie ocenia się książek po okładce, ale ta mnie po prostu urzekła! Moje ulubione zestawienia kolorystyczne i przede wszystkim ta zakapturzona, tajemnicza postać… Jestem fanką gier z serii Assassin’s Creed. Ich główny bohater to właśnie przystojny, zbuntowany, niezwykle sprawny zakapturzony mężczyzna. Tak, okładką ta książka na pewno mnie kupiła. Ale jak wiemy, jest to najmniej ważna kwestia. Liczy się „wnętrze” 🙂
Odkryjmy je więc.
Akcja powieści rozgrywa się w siedemnastym wieku w czasach wojen religijnych w fikcyjnym mieście Hyruf. Autor przyznał, że tworząc tło historyczne „Miasta krwi” inspirował się renesansowym Londynem z czasów Oliviera Cromwella, polityka i głównej postaci angielskiej rewolucji. Czuć to, ku mojej wielkiej radości, na każdej stronie.
Główny bohater książki, Mulgih Thadur, nie miał łatwego życia. Poniżany i maltretowany przez ojca, który nie jest w stanie zaakceptować jego kalectwa, posuwa się do zabójstwa oprawcy, pozorując je na samobójstwo. Makabryczna zbrodnia, której się dopuścił, odbija się jednak szerokim echem w światku przestępczym, który w rezultacie staje się jego nowym domem. Jednak i tutaj nie odnajduje spokoju.  Szantażowany, by zapewnić rodzinie ochronę, godzi się na popełnianie najgorszych zbrodni z możliwych. Z czasem jednak przechodzi na stronę oprawców, z którymi do tej pory zaciekle walczył: zakłamanego, obrzydliwie bogatego duchowieństwa, a następnie reformatorów.
Ale, ale! Nic nie jest takie, na jakie wygląda…
Mulgih Thadur to zdecydowanie bardzo mocna strona tej powieści. Postać wielowymiarowa, tajemnicza, dramatyczna, skrajna. Autor ostrzegł mnie, że Mulgih ma ponoć w sobie to „coś”. Teraz, po lekturze, zgadzam się z tym stwierdzeniem w stu procentach. Zapałałam do niego wielką sympatią, a może odpowiedniejsze byłoby określenie, że zaintrygował mnie od pierwszej strony, choć podejmowane przez niego decyzje budziły wielokrotnie moje zdumienie i sprzeciw. Kocham postaci, które nie są czarne lub białe, które sprawiają, że targają nami emocje i tego wszystkiego Mulgih Thadur mi dostarczył. Z jednej strony posuwa się do morderstwa, a drugiej strony bez mrugnięcia okiem gotów jest poświęcić się dla dobra innych.
Cała powieść natomiast urzekła mnie z tego powodu, iż nie jest to typowa powieść fantastyczna. Być może kogoś teraz zaskoczyłam, ponieważ „Miasto krwi” opisywane jest właśnie jako książka spod tego gatunku. Fantastyki praktycznie nie czytam, może z wyjątkiem Harry’ego Pottera, ale opis tej książki tak bardzo odpowiadał powieści historycznej, przygodowej, a nawet kryminalnej, że byłam na jej kupno od dawna zdecydowana. Ta aura tajemnicy, mroczny, wilgotny klimat, lochy, zamki, oberże – to coś, co kocham! Tutaj miałam wszystkiego pod dostatkiem. Co mnie jeszcze zaskoczyło? Spora dawka humoru. Mulgih sarkastyczny? O tak! To zdecydowanie mój typ 😀
Jednym zdaniem: Wow, gdyby każdy debiut tak wyglądał…
„Miasto krwi” czytało mi się pierwszorzędnie! Czekam na kontynuację!
Wasza Margot
Ocena: 8/10
Autor: Kamil Dziadkiewicz
Wydawnictwo: Novae Res
Oprawa: miękka
Liczba stron: 336
Rok wydania: 2016