12910553_1178827328823634_189644058_n
Hej, hej! Biegnę do Was z nowym postem, mam nadzieję, że uda mi się go opublikować jeszcze przed Świętami. Wpadłam na pomysł utworzenia serii wpisów „Z prywatnej biblioteczki”, przy okazji której będą się ukazywały notatki dotyczące mnie we własnej osobie 🙂 Nie wiem, czy ta seria przypadnie Wam do gustu, bo w sumie kto chciałby czytać czyjeś wypociny o sobie samym, ale dopóki nie spróbuję, nie przekonam się, jaki będzie odzew. Tak więc, lecimy!
Kilka dni temu zostałam nominowana na Instagramie do tagu #książkowedenko. Początkowo złapałam się za głowę: 1) ponieważ mam pewien problem z tagami – nie wyrabiam się, jest ich naprawdę dużo i ciągle z nimi zalegam, 2) musiałam zrobić zdjęcie książkom, które czekają w kolejce do przeczytania. Matko! To jest wyzwanie. Ale z drugiej strony, pomyślałam, że może jest to jeden z bodźców, który zmotywuje mnie do czytania książek, które zalegają na półkach i błagają o zainteresowanie. Zrobić to wstydliwe zdjęcie i dać się biczować! Jednak nic z tych rzeczy. Wprawdzie mam postanowienie ograniczenia zakupów książkowych i to jest super (zobaczymy, jak mi pójdzie), ale tak duża liczba Was, moi Drodzy, przyłączyła się do dyskusji na temat książkoholizmu, tak wiele osób przyznało się do takiego samego uzależnienia, że moje poczucie winy i wstydu znacznie zmalało 🙂  I za to Wam dziękuję. Uwielbiam tę naszą sektę!
Tak naprawdę nie pamiętam, kiedy zaczął się u mnie ten książkowy szał zakupowy, zwany przeze mnie książkholizmem. Pamiętam czasy, kiedy przy łóżku leżał „stosik” składający się z jednej, dwóch, maksymalnie trzech książek spokojnie czekających na swoją kolej. O zgrozo! Pamiętam też, kiedy zdarzało mi się nie mieć NIC DO CZYTANIA! Po prostu kończył się zapas i trzeba było kupić kolejną pozycję. Aż nagle, ni z tego, ni z owego, zebrało mi się około osiemdziesięciu książek na moim regale wstydu. Intensywnie zaczęłam szukać przyczyny tej katastrofy. Wydaje mi się, że  może nią być kampania promocji w internetowych księgarniach. Od dłuższego czasu reklamy promocji świątecznych, z okazji Walentynek, wakacji, rozpoczęcia szkoły, zakończenia i wielu innych okazji aż biją po oczach i przyznajcie się, kto był w stanie się im oprzeć? Nie ja. Jaki książkoholik nie ma listy książek do kupienia? Moja w tym momencie wskazuje kilkadziesiąt pozycji i szczerze? Staram się już do niej nie zaglądać z nadzieją, że z pewnych książek po prostu po czasie zrezygnuję (tak też bywa). W każdym razie przyznaję się bez bicia, że byłam Królową Promocji. Poza tym dochodzi kolejny problem – czytnik. Wspaniałe, niemożliwe do przecenienia urządzenie, które zawsze można mieć przy sobie i przechowywać w nim nawet kilka tysięcy książek (mam się zacząć o siebie bać?). Tylko, jak wiadomo, zawsze można znaleźć jakieś minusy… Mianowicie, brak „namacalnej” książki, która nie zalega na półce. Można kupować do woli, a w ogóle się tego nie odczuwa (chyba, że po kieszeniach…), Dlatego w tej chwili na moim czytniku znajduje się, bagatela, trzydzieści sześć pozycji. Osobną kwestią są ceny tych książek: są dużo tańsze niż papierowe (oczywiście – promocje). Płacąc przelewem nie widzę wydawanych pieniędzy, rozpływają się w przestrzeni. Dopiero po zbadaniu stanu konta dostaję palpitacji, ale wtedy jest już za późno.
Piętrzące się stosiki sprawiają również ogromne problemy i to nie tylko te dotyczące zabierania życiowej przestrzeni. Za każdym razem staję przecież przed wyborem kolejnej książki do przeczytania… I bądź tu mądry, człowieku. Pytacie mnie często, dlaczego Jo Nesbo znalazł się na tym stosiku albo Kasia Puzyńska. Już odpowiadam, bo chyba do tej pory nie miałam okazji. Mam swój system czytania książek. Czytam według pór roku, pogody, nastroju i kryminały po prostu najczęściej czytam… latem i jesienią 🙂 Zimą czytam np. „przytulne” sagi rodzinne, klasykę. Wiem, że to dziwactwo, ale jeśli chodzi o książki, mam takich dziwactw sporo. Też tak macie? 🙂
Pomyślałam, że skoro pokazałam Wam moje papierowe książki czekające na przeczytanie, pokażę również i te z czytnika. A co! Jak szaleć, to szaleć. Bardziej pogrążyć się już nie mogę (choć cudowna pisarka Kasia Puzyńska przyznała, że sama ma ponad setkę pozycji do przeczytania!).
Oto i one.
Nieźle, prawda?
Książki kocham od dziecka, ale chyba od kilku lat jestem prawdziwym książkoholikiem. Przyznaję się, że nigdy nie liczyłam pieniędzy wydawanych na książki, zawsze uznawałam to za zdrowy nałóg, taki artystyczny. Książki to dobro wyższe, jak można je przeliczać na poszczególne kwoty?! Szczerze? Teraz chyba zacznę 😉 Choćby z tego powodu, żeby mieć kolejną motywację do przeczytania tych, które tak smutno na co dzień wyglądają i tak bardzo chciałyby się znaleźć w moich rękach. Nie mogę kupować przez jakiś czas kolejnych książek z tego również powodu, że odkąd wyprowadziłam się z rodzinnego domu, mam na nie bardzo mało miejsca. Niedługo stanę przed wyborem dachu nad głową: albo książki będą go miały, albo ja 😉 A kupowanie kolejnych regałów nie jest dobrym pomysłem, bo to tylko katalizator do zakupów – jest miejsce na książki, są zakupy!
Tak więc zaczynam wyzwanie, z którego będę się przed Wami na Instagramie rozliczała 🙂 Może ktoś dołączy i będzie nam raźniej? Koniecznie dajcie też znać, jakie Wy macie książkowe dziwactwa, uwielbiam o nich czytać! 🙂
I na koniec, Kochani moi, życzę Wam wspaniałych Świąt Wielkanocnych, przede wszystkim dużo odpoczynku, bo w Święta nie jest on taki oczywisty, i jeszcze więcej czasu na czytanie 🙂
Ściskam Was ogromnie i do zobaczenia po Świętach! 🙂
Wasza Margot